Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 9 września 2012

Codziennosc Comunidad Loma del Tigre

Ziarna wykorzystywane w produkcji bizuterii
Zbieranie kokosow
Z kokosem podczas badan
Dzien w Comunidad Loma del Tigre zaczyna sie przed switem wraz z pianiem kogutow. Matka lub babcia zabiera sie do przygotowania sniadania dla czestokroc wielodzietnej rodziny. Zazwyczaj podawany jest ryz, maniok, jajka lub platany. Czesto, gdy familia jest bardzo liczna, jej czlonkowie jedza po kolei, by po posilku wyruszyc w pole. W domu zostaja wtedy najmlodsze dzieci, starsze zas maszeruja do szkoly w snieznobialych mundurkach.
Sniadanie
Ania w kuchni
Szkola

Po zakonczonej pracy w polu, rodzina zjada lunch (okolo 12-13), przygotowany najczesciej przez jedna z matek, ktora aktualnie karmi niemowle.

Ania z zebrana kukurydza
Nastepnie do godziny trzeciej po poludniu panuje siesta, podczas ktorej dzieci wracaja do domow ze szkoly. Po wiosce kraza nieliczne osoby - wiekszosc chowa sie w domach lub pod tradycyjnym, wyplatanym daszkiem.
Przeprawa przez rzeke
W koncu, gdy skwar juz tak nie doskwiera, rodziny ponownie wybieraja sie na pole, czesto takze z dziecmi. Wracaja kolo 17, by o 19 zasiasc do kolacji.


Matki kazdego dnia po skonczonej pracy w polu zabieraja sie do prania w okolicznym stawie lub rzece. Namydlone ubrania pocieraja lub uderzaja o znajdujace sie tam deski. Podczas prania, inni mieszkancy wioski dokonuja wieczornej toalety, a dzieci wesolo pluskaja sie pomiedzy nimi.

Kobiety piorace w rzece
Po zapadnieciu zmroku ludzie wychodza na glowny plac w wiosce by spotkac sie i porozmawiac, podczas gdy dzieci i mlodziez graja w pilke nozna, cieszac sie wieczornym chlodem.

piątek, 7 września 2012

Indianska wioska

Jestesmy po dwoch dniach spedzonych we wiosce Indian Quichua - Comunidad  Lomo del Tigre. Wiadomosc dla wszystkich zainteresowanych -  zyjemy -  mimo, iz moskity i ich liczni kuzyni chcialy nas zjesc zywcem.

Karuszka spedzila czas w wyjatkowo malolicznej rodzinie - matka Paola i jej 6 letni syn Martin. W tym czasie zdobyla sprawnosc sadzenia kukurydzy i platanow (a wlasciwie calego lasu kukurydzy).

Za to Ania miala okazje poznac zycie codzienne wielopokoleniowej rodziny, ktora liczy 19 czlonkow. Czas mijal jej na zbieraniu kukurydzy, pomaganiu w gotowaniu platanow oraz nianczenia calej gromadki bobasow.

Wieczorami zbieralysmy dane do badan nad ginacym rzemioslem. Baterie w aparatach nam padly, wiec zdjecia i wiecej informacji umiescimy pozniej.

środa, 5 września 2012

Chicas wsrod Indian...

Hola, tu znow Doctora.
Krotka notka dla wszystkich, ktorzy interesuja sie losami czlonkow (wlasciwie czlonkin) naszej wyprawy: wlasnie wracam z wioski Indian Quichua, gdzie zostawilam studentki w domu Paoli. Zostana tam do piatku wieczorem. W miedzyczasie beda pracowac z Indianami w chagras (ogrodach), prowadzic wywiady, robic obserwacje i przede wszystkim zbierac doswiadczenia.... Obie panie byly pogodne i pelne animuszu, zatem nie ma powodow do zmartwien (info dla bliskich i przyjaciol: mamy z nauczycielem i z liderem wioski kontakt telefoniczny, zatem jakby cokolwiek sie stalo, natychmiast do nich jedziemy. Wiec nie trzeba sie bardzo martwic :)

Szkola prowadzona przez Fundacje jest teraz w nowym miejscu, oddalona od wyspy Sumak Allpa o prawie godzine drogi (pol godziny lodzia i potem pol godziny samochodem). Uczy sie w niej 24 dzieci w wieku od 5 do 10 lat, ale najwiecej jest malych dzieci (pierwsza i druga klasa). Wszyscy uczniowie dostali od nas paczki z przyborami szkolnymi i innymi drobiazgami i wygladali na bardzo z tego zadowolonych.

Wszystkie wrazenia i doswiadczenia chicas opisza w weekend, gdy beda mialy okazje pojechac do Coca, a ja im dam godzinke, zeby mogly sie wszystkim podzielic z naszymi milymi blogowymi goscmi....

Adios!


wtorek, 4 września 2012

Wyspa Sumak Allpa

Po godzinnej podrozy lodzia dotarlysmy do wyspy Sumak Allpa.
Fundacja (pod ta sama nazwa) prowadzi tutaj projekt, ktory ma na celu ochrone ginacych gatunkow malp - znajduja one tu schronienie (sa wykupowane z niewoli lub przywozone przez roznych ludzi, ktorzy nie potrafili sobie poradzic ze swoimi dzikimi ¨domowymi¨ zwierzetami).

(dalsza tresc posta jest pisana reka Doctory, ktora wyjechala do Coca, by zalatwic kilka spraw, a studentki zostaly na wyspie w pocie czola pielac maczetami ogrod, w ktorym Hector, szef Fundacji Sumak Allpa, bedzie sadzil amazonskie rosliny lecznicze. Pielenie i sadzenie jest praca wolontariacka uczestnikow naszej wyprawy na rzecz Fundacji).


W notatkach studentki napisaly: miejsce jest absolutnie przepiekne (z wykrzyknikiem). Rzeczywiscie, jest piekne. Nad brzegiem rzeki jest przystan kryta liscmi palmowymi, w glebi kilka domow - goscinny (nasze aktualne lokum), Hectora, dom pomocnika Fundacji, domek z pokojami dla wolontariuszy GVI, kuchnia i przede wszystkim dawny budynek szkoly, ktory dzis sluzy jako tzw. interpretation center (szkola zostala przeniesiona w inne miejsce, ale nadal dziala pod aspicjami Fundacji). Prawie wszystkie budynki sa kryte tradycyjnym dachem z lisci palmowych (info dla uczestnikow poprzedniej wyprawy w 2009 roku: dach na domku nauczyciela, ktory wtedy kladlismy nadal sie trzyma i wyglada bardzo dobrze, choc od paleniska jest okopcony od wewnetrznej strony :) Wszedzie rosna krzewy pokryte rozowymi kwiatami, przy kuchni wisza kiscie malenkich banankow (tzw. lady fingers bananas). Zielonosc wylewa sie z dzungli na plac, dokola ktorego stoja domy...




Studentki chcialy, zebym napisala  dzialalnosci Fundacji, ale mysle, ze zrobia to same ktoregos dnia, bo ja dzis nie zdaze. Ale moge napisac o naszych dalszych planach: od jutra przez trzy dni studentki beda mieszkaly w domach Quichua i tam beda prowadzily badania dotyczace rekodziela. Zatem na pewno przez kilka najblizszych dni nie bedziemy mialy mozliwosci napisania czegokolwiek, bo bedziemy w dzungli (ach, jak to pieknie brzmi... :)

Zatem do poczytania pod koniec tygodnia (wtedy chicas na pewno beda mialy bardzo duzo do opowiedzenia!)

Coca - typowe miasto Oriente

Ekwador dzieli sie na cztery glowne regiony: Costa (wybrzeze), Oriente (rejon Amazonii), Sierra (gory) i Galapagos. Coca to miasto nalezace do Oriente, a wiec lezace w klimacie tropikalnym.

Coca budzi sie powoli i ospale - krzywe chodniki i waskie uliczki z wolna zapelniaja sie pojedynczymi ludzmi. Z rzadka otwierane sa jadlodajnie i sklepy. W Ekwadorze nikt sie nie spieszy, wiec sklep moze zostac otwarty gdzies pomiedzy 8 a 9.30.

W koncu na ulicach pojawiaja sie zolte taksowki, raz po raz  zaczepiajace maszerujace gringas, czyli nas. Pojawiaja sie takze ciezarowki, motocykle, busy wyladowane towarem i ukiczne wozki oferujace swiezy sok czy kurczaki.

Ludzie nieufnie przygladaja sie bialym. Najczesciej widza tych z luksusowych hoteli, pstrykajacych natretnie zdjecia...



Okolo 10 miasto nabiera pelni barw, zadziwiajac kolorowymi straganami i tlokiem ulic, a my po chwili jestesmy gotowe do podrozy lodzia na wyspe Sumak Allpa, by rozpoczac najwazniejsza czesc naszej wyprawy - badania naukowe...




poniedziałek, 3 września 2012

Targ w Otavalo

W niedziele mialysmy okazje pojechac na oddalony o 2 godziny drogi targ w Otavalo, najstarszy nieprzerwalnie dzialajacy od czasow inkaskich.



Droga do Otavalo wiodla kretymi sciezkami pomiedzy szczytami Andow. W dolinach mozna bylo podziwiac male miasteczka wraz z przystajacymi do nich szklarniami (bananeras, w ktorych uprawia sie banany), poletkami czy pasacymi sie krowami, alpakami i swinkami.

Atrakcja Otavalo jest nie tylko historyczny rynek, na ktorych zakupic mozna lokalna specjalnosc, wszelkiego rodzaju produkty tkane (rowniez z welny alpaki), ktore zachwycaja swym warsztatem, lecz rowniez podziwiac mieszkancow, Otavalonczykow, w ich regionalnych strojach.



Powszednim widokiem sa wiec kobiety w przepieknych bialych, haftowanych bluzkach i czarnych spodnicach, noszace na szyi pozlacane szklane naszyjniki, a takze mezczyzni w bialych spodniach, ponchos i tradycyjnych kapeluszach.





Zarowno kobiety, jak i mezczyzni w Otavalo nosza zwiazane badz splatane w warkocz wlosy, ktore czesto zdobi rowniez kolorowa wstazka. Rowniez dzieci, niekiedy od najmlodszych lat, nosza tradycyjne stroje (chociaz na ulicach widac wlasciwie tylko dziewczynki w regionalnym ubraniu).

Zakupy na rynku w Otavalo to niekonczace sie targowanie, niekiedy bardzo emocjonalne. W wiekszosci przypadku udalo nam sie utargowac niemal polowe ceny (choc trzeba pamietac, iz ceny dla gringos sa z reguly wyzsze).


Dzis, w poniedzialek, znajdujemy sie w miejscowosci Coca, polozonej w amazonskiej czesci Ekwadoru Oriente. Czekamy na zaprzyjaznionego prezesa Fundacji Sumak Allpa, ktory przetransportuje nas lodzia na wyspe nalezaca do Fundacji, gdzie spedzimy nastepnych kilka dni.

Przez kolejne dni, najprawdopodobniej nie bedziemy mialy dostepu do Internetu, wiec prosimy o wyrozumialosc :)






Jest 8:13 czasu lokalnego.

sobota, 1 września 2012

Odkrywamy stolice Ekwadoru


Dzisiejszy dzien uplynal nam na odkrywaniu roznorodnego charakteru miasta. Quito to metropolia, na obraz ktorej, skladaja sie biedne przedmiescia, gdzie stalym widokiem sa prety wystajace z budynkow (za nieukonczone domy mieszkalne placi sie nizszy podatek), dzielnice z szalenie nowoczesnymi, szklanymi wiezowcami (ktorych ilosci nie dorowna zadne polskie miasto, a nawet dwa razem wziete), a takze postkolonialne Stare Miasto, ktore zadziwia malymi kolorowymi kamieniczkami i neogotycka katedra.

Czynnikami, ktore zdaja sie splatac w calosc te wielowymiarowe miasto sa wszechobecne zolte taksowki, halasliwi uliczni sprzedawcy i malownicze, dziurawe chodniki (przed kazdym budynkiem inny rodzaj), ktorych bezpieczne pokonane stanowi nie lada wyczyn.



Do uliczych sprzedawcow zaliczyc mozna roznego rodzaju uslugodawcow. Pierwsza rzucajaca sie w oczy i nieco juz zapomniana (przynajmniej w Europie) profesja jest pucybut, ktorego spotkac mozna w Quito dosc czesto. Glownymi klientami pucybuta sa wspomniani wczoraj macho, ktorzy zasiadaja na podwyzszenium dumnie czytajac gazete.

Rownie czesto spotkac mozna umurusane dzieci, ktore krazac miedzy stojacymi na swiatlach samochodami, usiluja sprzedac kierowca zimne napoje. Do naszych ulubionych naleza zas uliczni sprzedawcy, wedrujacy chodnikami, pokrzykujacy i zachwalajacy swoj towar potencjalym klientom. W podobny sposob zachowuja sie takze autobusowi sprzedawcy, stajacy sie sprzedac np. slodycze pasazerom komunikacji miejskiej.

Ciekawym widokiem, ktory dzisiaj ujrzalysmy, bylo uliczne stoisko napraw krawieckich, ktore cieszylo sie ogromnym zainteresowaniem mieszkancow. Panie krawcowe dokonywaly drobnych napraw, pracujac przy swoim warsztatcie krawieckim tuz obok ruchliwej ulicy. Koniecznym wspomnienia jest, iz byl to warsztat nie byle jaki, gdyz napraw dokonywano za pomoca kultowej maszyny do szycia marki Singer.

Podczas zwiedzania Ekwadoru, zaskoczylo nas rowniez, iz najlepsza informacja turystyczna okazali sie byc policjanci, zawsze zyczliwi i pomocni, a co wazniejsze, czesto znajacy rowniez angielski. Jutro z samego rana wybieramy sie na rynek w Otavalo, najdluzej dzialajacy (nieustannie)rynek od czasow inkaskich.

 Jest godzina 19.40 czasu lokalnego.